poniedziałek, 3 lutego 2014

Tylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamony


Czy cel zawsze uświęca środki?

Pieniądze, szmal, mamona, kasa, hajs. Nazywamy je różnie i spotykamy na każdym kroku. Tym razem zapukały również do świata żużlowego.


Na usta wielu kibiców czarnego sportu ciśnie się niedawna sprawa między Emilem Sajfutdinowem a Włókniarzem Częstochowa. Niezapłacona pensja, kara oraz szczypta chamstwa. Nie jest to jednak jedyna
sprawa, która pokazuje, że pieniądze zaczęły odgrywać w speedwayu ogromną rolę.

Rozpocząć trzeba na pewno od wyżej wymienionej sprawy z Częstochowy. Rosjanin reprezentował biało-zielonych w minionym sezonie, jednak nie otrzymał od klubu całości zarobionych pieniędzy. Mimo iż termin płatności minął z końcem listopada – zaległości do tej pory nie uregulowano. Zarząd Lwów stwierdził, że pieniądze zostaną przekazane na poczet kary dla zawodnika. Owa kara wyniosła 200 tysięcy złotych i została podzielona na cztery części po 50 tysięcy (więcej informacji tutaj).
Między Emilem i Włókniarzem od dłuższego czasu zgrzytało. Pieniądze miały być tutaj karą za nieposłuszeństwo i środkiem do ukazania, że zawodnik nie ma wcale tak dużo do powiedzenia, istna próba uciszenia.

Kolejną „świeżą” sprawą jest zmiana nazw I i II ligi na Polską Ligę Żużlową oraz Polską 1. Ligę Żużlową w celu uzyskania dochodów od firm, które zachcą zainwestować w czarny sport. Rok temu, wskutek włączenia się do sponsorowania firmy Enea, nastąpiła zmiana Ekstraligi żużlowej na Enea Ekstraligę. Tegoroczne kombinacje są wprowadzane ze względu na bardzo prawdopodobne transmisje meczów pierwszoligowych przez stację TVP oraz sponsorowanie owych rozgrywek przez firmę Nice Sport (więcej informacji tutaj). Gorszą stroną takiego wsparcia jest fakt, że kluby nie dostaną z tytułu sponsoringu żadnych pieniędzy. Wszystkie zostaną przeznaczone na realizację przekazu telewizyjnego.

Od tego sezonu zmienia się również wygląd i układ reklam na żużlowych kevlarach. Dotychczas klub dostawał 100 procent powierzchni stroju, jednak mógł przekazać całość zawodnikowi. I tak działo się najczęściej. Od 2014 sportowiec dostaje do dyspozycji jedynie 30 procent, a co gorsze, powierzchnie te nie należą do najlepszych. Może to spowodować, że „ubranko” będzie częściowo puste lub na siłę zapchane klubowymi sponsorami za grosze. Nikt nie przemyślał również kwestii, że konkretni zawodnicy mają podpisane ze swoimi sponsorami kontrakty na lata, a w nich określoną ilość i powierzchnię reklam.
Ten pomysł szczególnie nie przypadł do gustu Patrykowi Dudkowi:
Można powiedzieć, że jestem z tego niezadowolony, bo mam z tym problem, dlatego możliwe, że finansowo nie będę tak samo stać wysoko jak w zeszłym roku, bo niestety reklamy nie pojawią się na meczach ligowych, gdzie wiadomo, że jest największa oglądalność, a sponsorom zależy na tym, żeby pokazywać się w telewizji. Uważam więc, że ja jestem w trochę kłopotliwej sytuacji.

Ostatnio w gronie redakcyjnym TakSięGraTV poruszyliśmy temat kilometrowych nazw klubów (Marma, Betard a może Unibax?). Niedoścignionym mistrzem w tej dziedzinie pozostaje na pewno drużyna siatkarska Polski Cukier Muszynianka Fakro Bank BPS, jednak żużel również ma swojego mistrza. MDM Komputery ŻKS Ostrovia Ostrów Wielkopolski według mnie jest najgorszą nazwą dla speedway teamu. Nie chce tu urazić oczywiście kibiców Ostrowa, „Ostrovia Ostrów” jest częścią jak najbardziej w porządku. Jednak sponsorzy mogli by się dobrze zastanowić nad sensem dodawania długiego początku i tworzenia Lubelskiego Węgla KMŻ Lublin, zamiast powrotu do nazwy Motor Lublin. To jednak oni mają pieniądze i to do nich należy decyzja.

Na zakończenie mogę dodać jednak pewien pozytywny akcent. Tai Woffinden zapytany o to dlaczego pozostał przy Sparcie Wrocław, jednym z najbiedniejszych klubów, odpowiedział, że ważni są kibice i atmosfera, a nie pieniądze.



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Sanocki zjazd rodzinny

Swojskie zawody, atrakcje, gwiazdy na wyciągnięcie ręki, czyli "czujcie się jak w domu"

Wczoraj na Podkarpaciu zakończył się dwudniowy VII Ice Racing Sanok Cup. Zwyciężył Dmitrij Kołtakow, Grzegorz Knapp był siódmy. 

Jak już pisałam w zapowiedzi - w tamtym roku stwierdziłam, że nie może mnie zabraknąć na Torze Lodowym podczas walki żużlowych gladiatorów. Przydało się wiec czyhanie na bilety, kwaterę i szybka organizacja wyjazdu. Wyjeżdżając w sobotę rano z Lublina pragnęłam tylko ponownie "utonąć" w moim ukochanym sporcie.

Sobota 25.01

Ze względu na problemy nawigacyjne spóźniliśmy się na pierwsze trzy biegi. Na szczęście kibiców nie było zbyt wielu, więc spokojnie znaleźliśmy miejsce na trybunie. Kiedy żużlowcy wystartowali... nie mam dobrego słowa opisującego moje uczucia. Mieszanka ekscytacji, adrenaliny, radości, strachu i wzruszenia - myślę, że macie podobnie oglądając pierwszy bieg Waszej drużyny po zimowej przerwie. Natomiast kiedy dojechali do wirażu i dosłownie położyli się na torze - to było coś niesamowitego! Zupełnie inna jazda niż podczas klasycznych rozgrywek, jazda przepełniona prawdziwą grozą. 

Per Olov Serenius
Grzegorz Knapp


Bardzo dobrą formę prezentował 66-letni Szwed Per Olov Serenius (3,3,2,3). Najstarszy zawodnik lodowego speedwaya zdawał się być niepokonany, chociaż i jemu zdarzały się zachwiania. Częściej jednak wywoził swoich dużo młodszych kolegów, pokazując profesorską jazdę. Podobnie bardzo dobrze radził sobie Rosjanin Igor Kononow (3,w,3,3), który zapewne przywiózł by same "trójki" gdyby nie wjechanie w koleinę i paskudny upadek w ósmym biegu. Najlepszym natomiast okazał się nasz Grzegorz Knapp (3,3,3,2), który zwyciężył już w pierwszym biegu, a ostatnie zwycięstwo odebrał
mu tylko wiecznie młody Serenius po zaciętej walce do ostatnich metrów. By rozstrzygnąć problem zwycięzcy oraz zawodników awansujących do niedzielnego spotkania potrzebne były dwa dodatkowe biegi. W pierwszym mieli zmierzyć się Niemiec Gunther Bauer (2,3,3,1) i Igor Kononow, jednak Rosjanin nie pojawił się na torze, co uplasowało go na czwartym miejscu. Natomiast na zakończenie w biegu 15 radość sprawił nam Grzegorz Knapp ostatecznie pokonując Sereniusa.


Sobotnie rozgrywki zakończyły się awansem siedmiu zawodników:
1. Grzegorz Knapp
2. Per Olov Serenius
3. Gunther Bauer
4. Igor Kononow
5. Max Niedermaier
6. Tommy Flyktman (rezerwowy)
7. Simon Gartmann (rezerwowy)

W sobotę temperatura dochodziła do -20*C, dodatkowo wciąż padał śnieg. Przy każdej kosmetyce toru wszyscy kibice schodzili się do hallu sanockiego MOSiRu i starali się ogrzać przemarznięte dłonie i stopy. Oczywiście kupowali również pamiątki, które (jak nigdzie) były bardzo tanie. Ja tradycyjnie zaopatrzyłam się w koszulkę, choć do wyboru były szaliki, przypinki, czapki, plecaki, kalendarze i wiele wiele innych. Miłą cenę miało również jedzenie oraz picie. Na całe szczęście - przy drzwiach głównych stał bardzo sprawnie działający automat z ciepłymi napojami. Taka rozgrzewka była zbawieniem po zamarzaniu na trybunach.

Podczas późnego obiadu rozmawialiśmy o popularności lodowego speedwaya w Sanoku oraz reakcji ludzi na tego typu zawody. Podobno opinie mieszkańców na temat Ice Racing Cup są bardzo nieprzychylne. Ze względu na przygotowanie toru do ścigania, dzieci nie mogą podczas ferii przez prawie tydzień jeździć na łyżwach. Dodatkowo impreza cieszy się niezbyt dużym zainteresowaniem (jak na imprezy żużlowe), a miasto wydaje na nią bardzo dużo pieniędzy. Ponadto - kiedy moi rodzice wybrali się na nocne zwiedzanie miasta, w jednym z lokali dowiedzieli się, że mieszkańcy nie są w ogóle zainteresowani ice speedway'em. Myślę, że jest to spowodowane brakiem toru do klasycznego czarnego sportu, gdyż ten Sanoczanie mogą zobaczyć dopiero 42 km od swojego miasta - w Krośnie.
W nocy doszło również do wielkiej integracji Czechów z Polakami - wódka connecting people :)


Niedziela 26.01

Sobotnie rozmyślania o sensie organizowania lodowego żużla w Sanoku skłoniły mnie do spytania o opinię na ten temat Kamila Cieślara, którego spotkałam przy śniadaniu.
Kamil Cieślar
- Powiem szczerze, że jednak klasyczny żużel jest dużo dużo atrakcyjniejszy dla oka, a taki żużel w Sanoku to jednak nie jest to co powinno być. Warto jednak to organizować, zawsze coś się dzieje w żużlu, także lepiej to organizować niż ma się nic nie dziać.
Nie zabrakło również pytania o szansę na ponowną jazdę. Czy może się to udać?
- Jasne, trzeba być pełnym nadziei. 
Kamil potwierdził również, że jeśli wróci to jazdy to oczywiście we Włókniarzu Częstochowa.
Po tak miło rozpoczętym popołudniu, dodatkowo krótkiej wycieczce po sanockiej "starówce", należało kierować się na Błonie.

Na Torze Lodowym trafiliśmy akurat na konkurs rzutów karnych Niedźwiadków Sanok i polskich żużlowców - Łukasza Sówki, Tobiasza Musielaka i Artura Czai. Polska kadra nie dała jednak rady bramkarzowi i przegrała z młodymi hokeistami. Kolejną atrakcją były wyścigi vipów na łyżwach. Swoje umiejętności prezentowali między innymi Michał Łopaciński, Klaudia Szmaj czy wspomniani już żużlowcy. Ta rywalizacja bardzo rozgrzała kibiców i przyprawiła o dobry nastrój, bo kto nie lubi popatrzeć jak inni nabijają sobie siniaki. Następne były jazdy klasycznymi motocyklami, gdzie mogliśmy podziwiać Czeszkę Michaelę Krupickovą.

Dmitrij Kołtakow
Do stawki zawodników, której udało się awansować w sobotę dołączyło jeszcze ośmiu nominowanych jeźdźców. Wszyscy bardzo liczyli na Grzegorza Knappa, który zapowiedział, że ma bardzo dużo ochotę na zwycięstwo. Jednak tego dnia już od pierwszego biegu widać było, że nominowana ósemka to zawodnicy z najwyższej półki. Na wirażach brakowało im dosłownie kilkunastu centymetrów by dosłownie położyć się na torze. Osiągali niesamowitą prędkość co bardzo dobrze dało się odczuć, kiedy stało się zaraz przy barierce oddzielającej od startu. 
Po raz kolejny świetną formę prezentował Igor Kononow (3,2,3,3), którego w czwartym biegu wyprzedził Dmitrij Kołtakow. Sam Dmitrij (d,3,3,3) zdefektował w swoim pierwszym pojedynku, jednak już do końca zawodów utrzymywał dobrą formę. Grzegorz Knapp (2,1,2,w), mimo dopingu fanów musiał uznać wyższość swoich rywali. Rzadko cieszyliśmy się widokiem Grzesia prowadzącego stawkę. Rosjanie liczyli bardzo na Nikołaja Krasnikowa (2,2,3,3), który musiał przeboleć porażkę ze swoim rodakiem Dmitrijem. Nikołaja dopadł niesamowity pech, kiedy podczas półfinału zanotował defekt i nie miał już szans na półfinał. Per Olov Serenius (3,1,2,2) mimo dużej dominacji podczas sobotnich zmagań tym razem 
Nikołaj Krasnikow
również musiał odpuścić i uważać na młodszych rywali, którzy dawali z siebie wszystko. Austriacy mogą być dumni z Franza Zorna (2,1,3,3), który w rundzie zasadniczej pokazywał swoją wyższość nad Szwedem Stefanem Svenssonem (3,1,2,2), by w końcu pokonać go w wielkim finale. 
Podczas zawodów nie zabrakło również wręcz przerażających i niesamowitych upadków. Zawodnicy "wylatywali" za ogrodzenie (oczywiście zaraz też wstawali cali i zdrowi) oraz, gdy już prawie leżeli na torze, nagle jakimś cudem stawiali maszyny i jechali dalej!

Podium VII Ice Racing Sanok Cup
Wyniki VII Ice Racing Sanok Cup
1. Dmitrij Kołtakow
2. Igor Kononow
3. Franz Zorn 
4. Stefan Svensson
5. Nikołaj Krasnikow
6. Per Olov Serenius
7. Grzegorz Knapp
8. Max Niedermaier
9. Jan Klatovsky
10. Gunther Bauer
11. Andrej Divis
13. Sven Holstein
14. Tommy Flyktman (nie startował)
15. Lukas Hutla (nie startował)

W niedzielę było trochę cieplej niż dzień wcześniej, jednak kibice nadal praktykowali chowanie się do hallu podczas przerw. W owym sławnym hallu odbywały się również rozmowy organizatorów nad rozdawaniem medali, gdyż czas antenowy nie pozwalał na podarowanie wszystkich, dlatego postanowiono część przekazać zawodnikom... w szatni! Żużlowcy, redaktorzy oraz Kuba Barański (tutaj mam z nim mały filmik) spacerowali między kibicami, Kamil Cieślar oglądał zawody z MOSiRowej kawiarenki, więc ze wszystkimi czuło się niesamowitą więź. Gwiazdy były dosłownie na wyciągnięcie ręki, co zdarza się rzadko. Panował klimat prawdziwie rodzinny i uprzejmy, tak, jakbyśmy byli na zawodach organizowanych dla wybranego grona. I gdyby nie przeraźliwe zimno - chciałabym, aby zawody trwały jeszcze dłużej. Jednak po zakończonych wyścigach, rozdaniu pucharów i fajerwerkach przyszedł czas powrotu.

Myślę, że Sanok Cup został oficjalnie wpisany w nasz rodzinny żużlowy kalendarz, a w przyszłym roku przyjadę do podkarpackiego nastawiona jeszcze bardziej pozytywnie. Każdemu miłośnikowi czarnego sportu polecam wypad na lodowy żużel, jednak uprzednio proszę zaopatrzyć się w trzy pary skarpet :). A jeśli ktoś zapomni - sanocka ice rodzina na pewno go rozgrzeje.

zdjęcia: własne, Sportowe Fakty


piątek, 27 grudnia 2013

Jasnowidzenie cz. 2 Apator

Aniołowie się radują

W związku ze świętami kolejny pod lupę idzie anielski Apator Toruń, bez wątpienia duży skandalista tego sezonu. Skandalista, ale czy przegrany?

Zaczęło się już podczas okienka transferowego. Wielki szok i niedowierzanie - Tomasz Gollob opuszcza Stal Gorzów i przechodzi do Apatora! Kibice Gorzowa - oburzeni, kibice Torunia - oburzeni jeszcze bardziej! W tym gronie sprawa kończy się oficjalnym bojkotem ze strony młyna żółto-niebiesko-białych, który nie pojawia się na żadnym z meczy na MotoArenie. Przeciwnicy takiej postawy zarzucali szalikowcom, że żądają wyników, podczas kiedy nie chcą przyjąć tak dobrego zawodnika. Do taki sytuacji dochodzi jednak co roku, gdyż zawsze jakiś zawodnik szokuje nas swoją zmianą pracodawcy. W każdym bądź razie zaistniały problem wzbudził niemałe poruszenie w świecie żużlowym.

Ci, którzy dostali mistrzów


Skład Torunia wyglądał imponująco. Znakomity Chris Holder, który w 2012 zdobywa tytuł Indywidualnego Mistrza Świata i bez wątpienia uważany jest faktycznie za tego najlepszego. Na polskich torach również jest nie do zastąpienia, klasa sama w sobie, jazda na najwyższym poziomie.
Kolejny - Darcy Ward - dostaje możliwość wzięcia udziału w cyklu Grand Prix, jednak odmawia ze względu na ilość zawodników z jednego klubu, by móc spokojnie reprezentować Anioły. To jednak nie ma wpływu na jego znakomita jazdę i charyzmę tego młodego chłopaka.
Lider Aniołków - Ryan Sullivan jest już trochę mniej kochany przez kibiców, gdy widzą na horyzoncie możliwość reprezentowania Apatora przez Tomasza Golloba. Uważają, że obcokrajowiec powinien odstąpić stołek lidera naszemu reprezentantowi i zwolnić tempo.
W obsadzie biegów juniorskich swoją szansę mają dostać Kamil oraz Emil Pulczyńscy. Posada ma znaleźc się również dla Łukasza i Pawła Przedpełskich.

Nieszczęścia jeżdżą parami


Losy toruńskiej drużyny powinny być podawane w podręcznikach jako przykład wielkiego nieszczęścia.
Sezon jeszcze dobrze sie nie zaczął, kiedy koniec kariery ogłosił Ryan Sullivan. Kontuzja ręki nie pozwalała mu na kontynuowanie jazdy, a dodatkowo nie zgadzał się z nowymi zasadami wprowadzonymi przez zarząd Ekstraligi.
Kiedy wreszcie mecze się zaczęły, przyszła kontuzja Darcy'ego podczas Grand Prix w Goeteborgu - złamanie łopatki. To wykluczyło zawodnika na aż siedem spotkań ligowych, podczas jego nieobecności stosowane było zastępstwo zawodnika.
W trakcie sezonu za największą tragedię dla Torunia uważa się kontuzję Chrisa Holdera, której doznał podczas meczu Poole Pirates vs Coventry Bees. Złamanie przedramienia, kości biodra i pięty - taki wyrok podali lekarze. Holder skończył na tymczasowym wózku i już od lipca nie mógł reprezentować barw Apatora.
Ciosem w plecy został bez wątpienia upadek Taia Woffindena i Tomasza Golloba podczas Grand Prix w Sztokholmie. Tomek doznał wstrząśnienia mózgu i przesunięcia kręgu w kręgosłupie co wykluczyło go ze startów w ostatnim meczu ligowym.

Wszyscy mówią o żużlu


Bez wątpienia po finale Drużynowych Mistrzostw Polski 2013 cała Polska huczała przez chwilę o okropnym zachowaniu zarządu Unibaxu, który wycofał swoją drużynę z meczu o tytuł najlepszej. Jak wiemy dzisiaj - zawodnicy jechać chcieli, "góra" - nie bardzo. Tłumaczone to było niedyspozycją spowodowaną brakiem Golloba, jednak takie wytłumaczenie na pewno nie jest przekonywujące. Finał się nie odbył, Falubazowi przyznano tytuł DMP, a Toruń zapłacił wysoką karę:
* rozpoczęcie rozgrywek z 8 punktami ujemnymi,
* 600 000 zł dla Falubazu Zielona Góra,
* 243 000 zł dla Ekstraligi,
* 200 000 zł dla trzech organizacji charytatywnych,
* jeden mecz, na który bilety mają kosztować nie więcej niż 1zł.
Skończyło się jak się skończyło, czarny sport został wsławiony, jednak mało chlubnie - nie warto rozgrzebywać mrowiska.

Będzie upragnione mistrzostwo?

Po raz kolejny klub z Torunia buduje bardzo silny skład. Składa się on praktycznie z samych mistrzów plus zawodników, którzy w tym sezonie pokazali na co ich stać. A stać ich na bardzo dużo.
Fundamentem drużyny będą na pewno Tomasz Gollob i Emil Sajfutdinow. Nie wiem jak będzie wyglądała forma Holdera po tak długiej przerwie, jednak oby była jak najlepsza. Darcy, jak to młody chłopak, pewnie będzie szalał na torze. 
Dość kontrowersyjnym transferem, szczególnie dla kibiców Włókniarza były "przenosiny" Rosyjskiej Torpedy do żółto-niebiesko-białych. Po raz kolejny Anioły zaskakują nas jakimś kontraktem, w który ciężko uwierzyć. 
Myślę, że mniej znani są Max Fricke i Wiktor Kułakow. Pierwszy jest Indywidualnym Mistrzem Australii, drugi natomiast w 2013 przybierał barwy ROW Rybnik. Te ruchy na pewno nie są przypadkowe i zarząd Torunia ma jakiegoś asa w rękawie. 
Jazda na pozycji juniorskiej może przypaść Oskarowi Fajferowi i oczywiście niezastąpionemu Pawłowi Przedpełskiemu. O tę posadę na pewno będzie walczył Oskar Ajtner-Gollob.
Z klubem pożegnali się Kamil i Emil Pulczyńscy (obecnie Victoria Piła) oraz Kamil Brzozowski (obecnie Ostrovia Ostrów).
Myślę, że po raz kolejny Apator będzie dla swoich przeciwników koszmarem.

Mój skład:

1. Tomasz Gollob
2. Adrian Miedziński
3. Chris Holder
4. Darcy Ward
5. Emil Sajfutdinow
6. Paweł Przedpełski
7. Oskar Fajfer


niedziela, 22 grudnia 2013

Jasnowidzenie cz. 1 Falubaz

Palec pod budkę, bo za minutkę...

Zakończył się grudniowy okres transferowy. Jak wyszły na tym kluby? Jaki rodzaj przejażdżki je czeka? Poznajcie moje jasnowidzenie. 

Pierwszy pod lupę idzie Falubaz Zielona Góra, obecny Drużynowy Mistrz Polski. 

W zeszłym sezonie klub pokazał bardzo dobrą jazdę na wysokim poziomie. Kibice nie mogli wstydzić się ani na meczach u siebie, ani na wyjazdach. Myszki wykazały niesamowitą pogodę ducha, zgranie w drużynie i duże ambicje, co zaowocowało złotym medalem rozgrywek Ekstraligi. Nie wiemy oczywiście jak potoczyłyby się ich losy, gdyby odbył się mecz finałowy, ale zostawmy już tę sprawę. 

Porażki i sukcesy tego roku



Ten rok uważa się za wielki dla Patryka Dudka. Pokazywał niesamowitą jazdę, był w wyśmienitej formie. Do największych zdobyczy należą: Indywidualne Mistrzostwo Świata Juniorów, Młodzieżowe Indywidualne Mistrzostwo Polski oraz Drużynowy Puchar Świata. Z tej okazji został doceniony przez FIM i otrzymał tytuł "Rookie of the Year" (objawienie sezonu). W kontekście jazdy w Falubazie również nie mogliśmy narzekać na nudę. DuZers pokazał na co go stać, dzielnie zdobywał punkty dla swojej drużyny podczas biegów juniorskich. Teraz będzie musiał przestawić się na posadę seniora, co może nie być dla niego łatwe. Rafał Dobrucki uważa jednak, że Dudek nawet nie odczuje tej zmiany.
Podczas "okienka" transferowego słyszało się o możliwości przejścia Patryka do Apatora Toruń, co bardzo nie spodobało się kibicom żółto-biało-zielonych. DuZers nie reprezentował innych barw od rozpoczęcia kariery w 2008 roku. Na (nie)szczęście w 2014 nadal będzie je reprezentował.
Dobrą formę prezentowali oczywiście Mały oraz Protas. Takich zawodników może zazdrości Falubazowi każdy klub. Jarosław, który walczy w cyklu Grand Prix i jest "jeźdźcem" najwyższej klasy oraz Piotr, który nigdy się nie poddaje. Oni również przekazywali kibicom dobrą energię, szczególnie podczas wywiadów dla "Na żuzlu pytamy".
Zawiódł swoją drużynę Jonas Davidsson, który w ligach innych krajów pokazywał świetną formę, natomiast w Ekstralidze nieradził sobie wcale, lub bardzo przeciętnie.Klub był bardzo niezadowolony z jego startów, liczono na odrodzenie podczas meczu finałowego, do którego jednak nie doszło.
Para juniorska była oczywiście świetną parą, Dudek oraz Adamczewski dawali z siebie wszystko. Kilka razy miał okazję zadebiutować Aleks Zgardziński, częściej był on jednak wysyłany na zawody mlodzieżowe.

Co nas czeka?



Jak widać nie zmienia się bardzo kadra seniorska. Nadal będziemy mieli przyjemność oglądać Jarosława Hampela, Piotra Protasiewicza czy Andreasa Jonssona. Klub pożegnał się jednak z Jonasem Davidssonem (obecnie zawodnikiem Startu Gniezno).
Do Zielonej Góry po roku spędzonym w Polonii Bydgoszcz wraca Aleksandr Loktajev. Sasza był głośno witany i dopingowany, gdy zawitał wraz z nową drużyną na W69. Bardzo cieszyło mnie, że Myszki z niego nie zrezygnowały i przyjęły z otwartymi rękoma.
Jeden z zawodników przyszedł do Zielonej z Włókniarza Częstochowa. Jest to Adam Strzelec. Myślę, że może okazać się jeden z podstawowych juniorów i jeździć w parze razem z Kamilem Adamczewskim. Choć z drugiej strony nie wiem, czy nie będzie "podgryzany" przez Alexa Zgardzińskiego, który zasmakował w jeździe ligowej, a teraz miejsce zwolnił mu DuZers.
Największą gwiazdą w kadrze juniorskiej jest oczywiście Klaudia Szmaj. Była dla Myszek nową maskotką i dzięki niej klub miał okazję trochę się wypromować. Zastanawia mnie, czy w nadchodzącym sezonie będzie miała okazję chociaż raz reprezentować barwy żółto-biało-zielone podczas meczu ligowego. Trzymam kciuki, by jej starty w zawodach młodzieżowych nie stały pod znakiem zapytania, lecz by mogła spokojnie pokazywać, co potrafią twarde kobiety.
+ B. Kibała, K. Merena, A. Potoniec, K. Szmaj


Co z obroną tytułu?


Mówi się, iż Falubaz stworzył skład "na lata", skład, ktory nie zawiedzie kibiców przynajmniej przez najbliższe dwa sezony. Co do tej opini zostawiam sobie pewien dystans, gdyż wiem jak bardzo moze zmieniać się forma zawodników. Wydaje mi się jednak, że Zielona Góra ma szansę na walczenie o najwyższy stopień podium. Posiada bardzo silny zespół, który dzięki temu, że praktycznie się nie zmienił, jest ze sobą bardzo zżyty i optymistycznie nastawiony do jazdy. Chłopcy oraz dziewczyna są gotowi na zmagania z Toruniem czy Częstochową. Oby Rafał Dobrucki prowadził drużynę jak najlepiej, a fani nadal wiernie i tak głośno dopingowali żółto-biało-zielonych.

Mój skład:

1. Jarosław Hampel
2. Piotr Protasiewicz
3. Patryk Dudek
4. Aleksandr Loktajev
5. Andreas Jonsson
6. Adam Strzelec
7. Kamil Adamczewski



niedziela, 8 grudnia 2013

Matka Boska Golloboska

Patrzę na to co się dzieje w Internetach i nie mogę wytrzymać. Kibice dostali białej gorączki po ogłoszeniu Tomasza Golloba, iż w rozgrywkach Grand Prix więcej nie wystąpi. Co Was tak ruszyło?


Każdy fan czarnego sportu wie kim jest Pan G. Przysługuje mu niepodważalna nazwa Najlepszego Polskiego Żużlowca ostatnich lat. Legenda. Osoba, którą ludzie czczą. Z tym określeniem oczywiście się zgadzam. Indywidualny Mistrz Świata z 2010, sześciokrotny zwycięzca Drużynowego Pucharu Świata, wielokrotny zwycięzca w rundzie Grand Prix. W polskiej lidze jego pierwszą drużyną była Polonia Bydgoszcz, gdzie zaczął jeździć w meczach w 1988. Następnie przewijał się przez Gdańsk, Tarnów, Gorzów, by obecnie znaleźć się w Toruniu.

Jego tegoroczna decyzja o przejściu do Apatora wzbudziła ogromne kontrowersje. Po blisko czterech latach jazdy w barwach Stali Gorzów, Gollob opuszcza swoich kibiców i próbuje zdobyć sympatię Aniołów. Fani Torunia są mu jednak przeciwni i w ramach protestu - nie dopingują swojej drużyny podczas meczy na Motoarenie. Jak już wiemy - pozostanie tam na kolejny sezon, ale nie wiem jak przyjmie to młyn żółto-niebiesko-białych.

Tym razem kontrowersja jest informacja, że Tomasz Gollob odchodzi z cyklu Grand Prix. I nie byłoby w
tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie reakcja polskich kibiców. Przeglądam różne strony internetowe i non stop spotykam się z nagłówkami "Bez Tomasza GP to już nie GP", "Co będziemy teraz oglądać?", "Czy Tomasz podjął dobrą decyzję?", "Jeśli nie Tomasz, to kto?". Ludzie, co się z wami dzieje?!
Zupełnie naturalne jest to, że wstrząsnęła nami ta nowina. Wiadomo, przyzwyczajeni jesteśmy do naszych kochanych Polaków - Jarka, Krzyśka i właśnie Tomka. Dużym ciosem jest brak jednego z nich, jednak nie możemy przesadzać i robić z tego tragedii porównywalnej do (odpukać) śmierci zawodnika. Nie możemy swoimi komentarzami, notkami, umniejszać innym zawodnikom reprezentującym Polskę. Najbardziej szkoda jest mi Jarka Hampela, który wiecznie żyje w cieniu Pana G. Osobiście darzę go niesamowitą sympatią, a jednak jego zasługi są mniej doceniane. Może stać na podium, któryś raz z kolei, być bliski tytułu Indywidualnego Mistrza Świata, a i tak część kibiców na tym miejscu będzie uznawała tylko i wyłącznie Golloba. Bo to legenda. Bo na jego jeździe byli wychowywani i nigdy nikt mu nie dorówna. To nie prawda.
Nie popadajmy w paranoję. Tomek nie wykazał się za bardzo w tym roku podczas Grand Prix. Kiedy pisałam podsumowanie każdej rundy - dużo razy wspominałam o nim gdzieś na końcu, podając tylko ile punktów przywiózł, a nie były to imponujące liczby. Może czas zwolnić miejsce dla nowego, młodego zawodnika, który zabłyśnie podobnie jak nasz Gollob.

Długo myślałem nad tą decyzją. 19 lat ścigałem się w cyklu Grand Prix. Wystarczy! Nie mam już 23 lat, jak nowokreowany mistrz świata Tai Woffinden. On i rok starszy Emil Sajfutdinow są na początku swojej kariery i oni muszą ścigać się w Grand Prix. Gdybym był w ich wieku, to z pewnością też chciałbym rywalizować w cyklu. Jestem w zupełnie innej sytuacji. Teraz cała "para" idzie w rozgrywki ligowe i turnieje - powiedział Tomasz Gollob w rozmowie z dziennikiem Nowości.


Mam nadzieję, że ta krótka refleksja przemówi trochę do rozumu tym, którzy uważają, że teraz nie ma po co oglądać walki o IMŚ. Jest! Wciąż są tam Polacy, wciąż walczą, wciąż chcą, byśmy byli z nich dumni! Bez Tomasza Golloba, rola i szansa Polski w tym rozgrywkach się NIE KOŃCZY. Przychodzi taki czas, że legendy muszą powiedzieć "dość!", bo inaczej oglądalibyśmy 100-letnich dziadków na motocyklach. Czas ustąpić miejsca młodym, by tak jak w naturze - zachodziła ciągła zmiana pokolenia.

wtorek, 3 grudnia 2013

Jesienne krecie dołki

O Boże, mam doła. Coś mnie trzyma w mocnym przygnębieniu. Jednak w końcu wiem co to takiego - tęsknota za żużlem. 

              Zima jest dla mnie okresem totalnego wyłączenia z życia. Mogłabym zapaść w sen zimowy i nie wystawiać nosa nawet przez okno. Nie mam żadnych fascynujących zajęć na ten okres, sporty zimowe mnie nie ruszają, bo wiem, że wiążą się z tym przeszywającym chłodem. Dlatego piszę dzisiaj dla Was.
              Cierpię chyba na jakieś silne niedokrwienie dłoni, bo nawet w domu siedzę w rękawiczkach. Moje słynne gogle leżą na półce, ale za chwilę pójdę i założę je, by poczuć znowu żużlowe zapachy. Dobra, mam je już na sobie. Na tej samej półce stoi moja figurka zawodnika, która w sezonie wyznacza "Żużel Oczami Młodych On Tour". Nad łóżkiem wisi plakat Jarosława Hampela i dawne afisze oznajmujące, że w Lublinie będzie żużel. Obok mnie leży walizka z vlepami, które są dosłownie wszędzie. No właśnie - to wszystko przypomina mi o naszym kochanym sporcie.
                Lubię siadać wieczorami na łóżku i wyobrażać sobie, że jestem słynną dziennikarką sportową. Gęba, rozpoznawalna dzięki swojej nadzwyczajnej urodzie (oczywiście wiem, ze to się nie sprawdzi :), goglom na szyi oraz przyjaznemu nastawieniu. Gdzieś tam wchodzę do parku maszyn, zbijam piony z zawodnikami, rozpamiętuję ostatnią imprezę, lubiana i wkręcona w czarny sport. Najgorsze jest to, że z każdym dniem jestem coraz bardziej nakręcona na spełnienie tych marzeń, na staranie się, by zrobić wszystko dla moich wyobrażeń. A to nie jest wcale łatwe. Czasami boję się, że jest to wręcz niedostępne...
               Cieszę się, że ta zima nie jest totalnym odcięciem od żużla. Oczywiście na co dzień mam swoje "przedmioty", ale na szczęście mam również tego bloga i stronę. Mogę z Wami działać przez organizowanie konkursów, sprzedawanie vlep i codzienny kontakt. Wiadomo jednak, że nic  nie zaklei tej dziury w sercu, jaką powoduje zima. W styczniu jadę do Sanoka na ice speedway i dosłownie kipię z radości, nie pamiętając, że do wyjazdu pozostały prawie dwa miesiące. Możliwe, że będę tam przeprowadzać wywiady z zawodnikami, co dodatkowo powoduje eksplozję radości. No i oczywiście relacja. Coś, co jest kwintesencją szczęścia.
               Ale chyba wszyscy przyznacie mi, że NIC nie zastąpi naszego kochanego sportu. Możemy zaklejać tęsknotę i udawać, że jest bardzo dobrze. Po raz setny oglądać najlepsze biegi, nadrabiać nieobejrzane zawody. Wyciągać kartki z autografami, programy, sprawdzać, segregować. Ja mogę po raz setny myć gogle, choć najlepiej sprawdzają się przy... myciu okien! Niedługo będę jeszcze zawieszać wzrok na nagiej klacie Emila Sajfutidnowa. Możemy nawet wspólnie patrzeć co dzieje się w składach drużyn, ale i tak każdy z nas rwie się by usłyszeć dźwięk motocykla żużlowego, poczuć adrenalinę, która staje w gardle oraz łzy napływające do oczu. Mam tak zawsze przed pierwszym biegiem i wiem, że nie jestem sama.
              Ale zima jeszcze nawet się nie zaczęła...
Kończę tym smutnym akcentem. Jednak jeśli płaczecie z tęsknoty za żużlem - nie jesteście sami!
Siema :)



czwartek, 28 listopada 2013

Faceci bez nadzoru

Wiem, że dawno już tu nie byłam. Cierpię na brak czasu, wciąż. Czekam, aż zakończy się proces transferowy, poznamy pełne składy. Byłam proszona jeszcze o podsumowanie drużyn, wiec postaram się zrobić to przez świąteczny grudzień :)

Dzisiaj mam dla Was opowiadanie, oczywiście żużlowe, ale z dodatkiem Biblii. Wcielę się w rolę menadżera drużyny z Częstochowy.

                   Żużel poznałam jeszcze będąc w szkole podstawowej. Wtedy nie spodziewałam się, że tak bardzo wejdzie mi w krew. Zaczęło się głupio, bo od strony na facebook'u, następnie bloga, a potem poszło już samo. Od zawsze moim marzeniem było zostanie menadżerem jednej z drużyn, bycie blisko z zawodnikami i możliwość robienia czegoś dla tego pięknego sportu. Nie spodziewałam się, że moje pragnienia staną się prawdą.
                   Dzisiaj nie mam czasu praktycznie na nic. Każdy kolejny tydzień skupia się na niedzielnych meczach, chłopakach, sprzętach i problemach. A te się nie kończą. Oprócz prowadzenia częstochowskich Lwów, mam na głowie jeszcze prowadzenie kadry Polski. Ostatnio ostro szykowaliśmy się na półfinał Drużynowego Pucharu Świata, kiedy Honorata Dudek przyniosła nam hiobową wieść - jej syn Patryk poślizgnął się i złamał rękę! O ironio! Chłopak wytrzymuje upadki na torze, a doznaje kontuzji podczas codziennych czynności. Nie obyło się więc bez zgrzytania zębami, ale trzeba było się pozbierać i kontynuować przygotowania do sobotniego DPŚ oraz meczu ligowego między Częstochową a Zieloną Górą.
                   Na początku sezonu, niczym syn marnotrawny do naszego biało-zielonego składu powrócił Emil Sajfutdinow. Kibice bardzo liczyli na jego przybycie i w końcu się doczekali. Świetną formę na treningu prezentował Grigorij Łaguta, a jeszcze lepiej wiraże pokonywał Rune Holta. Dzięki takiemu dobremu przygotowaniu chłopaków mogłam skupić się na rozmowach z moimi reprezentantami Polski. Oni niestety nie mogli zrozumieć, że mamy coraz mniej czasu. Kiedy zjawiłam się na torze treningowym w Tarnowie, przed wejściem do parku maszyn zatrzymał mnie trener Marek Cieślak:
- Weronika, ten półfinał to będzie istna droga krzyżowa! Oni się kłócą odkąd tylko przyjechali! Zrób coś z nimi, ja w takich warunkach nie będę pracować - krzyczał rozwścieczony.
- Cudownie... - podobnie wkurzona ruszyłam w stronę parku - Tak to jest z facetami, nie można zostawić ich nawet na minutę samych!
Kiedy wparowałam do pokoju zawodników, chłopaki przestraszyli się nie na żarty. Przed wejściem słyszałam kawałek ich kłótni, jednak z moim pojawieniem się - wszystko ucichło.
- Co wy sobie wyobrażacie!? Mamy dzień do jednego z najważniejszego wydarzeń w żużlu, a wy robicie sobie wyrzuty! Na torze też będziecie się zajeżdżać?! Gdzie jest wasz duch drużyny?! - krzyczałam wściekła - Zastanówcie się wreszcie! Jazda na tor, macie rekordy wykręcać! - wyszłam, trzaskając drzwiami. W opanowaniu chłopaków pomógł mi również trener, który zaraz po mnie wszedł do zawodników i powiedział, że jeśli się nie uspokoją to spakują busy i pojadą do domu, a jutro będą jeździć bez ustawienia sprzętu. Oto i Sąd Ostateczny.
W tym roku nie byliśmy pewni miejsca, gdzie odbywać się będzie finał Drużynowego Pucharu Świata. Każdy z nas liczył na toruńską Motoarenę, którą polscy zawodnicy znają i czują się na niej najlepiej. Była to nasza Ziemia Obiecana. Póki co musieliśmy jednak przebrnąć przez półfinał w Tarnowie, by mieć szanse na zdobycie zakazanego owocu - tytułu najlepszej drużyny świata. Tak więc chłopcy trenowali pod okiem pana Marka, a ja dopinałam ostatnie szczegóły dotyczące prezentacji drużyny, kevlarów, telewizji oraz innych mało istotnych rzeczy. Pod koniec dnia, kiedy stwierdziliśmy, że chłopcy są już w pełni gotowi na jutrzejszą jazdę - wznieśliśmy toast, który miał zwiastować nasze zwycięstwo.
                     W sobotę rano dostałam wiadomość: "Rafał Szombierski ma zatrucie pokarmowe. Musimy wystawić kogo innego". Tego tylko brakowało. Najpierw Patryk, teraz zawodnik Włókniarza, który odpada z jutrzejszego meczu. Nie było sensu jechać do Częstochowy, kiedy za kilka godzin muszę być obecna tutaj, by wspierać chłopaków. Zostawiłam tę sprawę na głowie częstochowskiego trenera Grzegorza Dzikowskiego, a sama poświęciłam wszelką uwagę światowemu wydarzeniu. Tak jak przewidywaliśmy - Polacy nie mieli żadnych problemów i wygrali półfinały Drużynowego Pucharu Świata. Moi silni, młodzi chłopcy nie zawiedli i po raz kolejny pokazali kto rządzi w czarnym sporcie. Pełna optymizmu wracałam w nocy do Lwiątek, przekonana, że jutro pokażą na co ich stać.
                    Nie spodziewałam się jednak, że w klubie zastanę istną Sodomę i Gomorę! Nie dość, że niedyspozycje spadły na mnie jak plagi egipskie to kolejną z nich było... świętowanie pełnoletności jednego z juniorów - Adama Strzelca! Zawodnicy byli przekonani, że sama będę mocno bawić się w Tarnowie po wygranej Polaków i nie zauważę ich niezbyt zadawalającej wydajności. Próbując znaleźć odpowiedzialnego za brak przygotowania chłopaków chodziłam od Annasza do Kajfasza, gdyż nikt nie chciał przyznać się do braku nadzoru.
Drużyna Falubazu Zielona Góra była z góry skazywana na porażkę w tym spotkaniu. Wybrakowana po Drużynowym Pucharze Świata, dodatkowo kontuzja Patryka Dudka - to mówiło samo za siebie. Nasz team zbyt szybko jednak cieszył się zwycięstwem, gdyż spotkanie zakończyło się salomonowym wyrokiem. Kibice Lwów nie byli z niego zadowoleni, jednak ja z pewną radością przyjęłam naszą porażkę. Przegraliśmy z Myszkami 40:50, niczym Dawid i Goliat. Drużyna teoretycznie słabsza dała nam w kość, a ta teoretycznie lepsza - mam nadzieję, że czegoś się nauczyła. Ja na pewno - nigdy nie zostawiać mężczyzn bez nadzoru.